| ° Forum ° Odpowiedz ° Rejestracja ° Szukaj ° | |
| Autogiełda | Pozycjonowanie stron | złote monety - antykwariat |
| Zobacz: / USA - kraj miodem płynący ? / Szczęść Boże Radiu Maryja |
| Autor | Wiadomość |
| mkarwan
|
Posted: 15 Wrz 2008 05:58:01 z http://www.prawica.net/node/12627 Wiosną 1976 w Gdańsku doznałem wizji - literackiej, ale co to szkodzi - nadciągającej rewolucji solidarnościowej naszego powojennego narodu prlowskiego, włącznie z jej ciężkim spartoleniem. I co, nie było jak napisałem? Kto nie wierzy niech zmierzy, kawałek z przedsolidarnościowego "Zapisu" można przeczytać tu http://www.prawica.net/node/10928, a oryginalne "W Gdańsku" z 1976 jest w "Twórczości" nr 7, 1981. "Twórczość" to puściła, bo kraj ciągle był w ruchomych piaskach momentu solidarnościowego, większość nie wiedziała co będzie. Zadzwoniłem do Henryka Berezy, że mam towar. A on że pismo ma już pełno materiału. No jak pan może wiedzieć, że to nie jest lepsze od tego co pan ma, jak można mieć takie stanowisko w literaturze. Tak mu pod ambicję podjechałem. No i on że niech pan przyniesie. Chyba nawet "przyśle" powiedział, ale to były dwa kroki. I jak wicher poszło. Tylko mnie jeszcze przedtem do redakcji Henryk Bereza poprosił i zapytał dlaczego słowa tak się w "W Gdańsku" łączą; bo rzeczywiście w tekście one się łączyły, po dwa, trzy naraz, łączyły się i rozłączały, i znowu stykały się sylabami i zgłoskami. Słowa o, tak mi się kleiły, jak to pisałem, wie pan, tłumaczę mu stykając i odtykając kciuk i wskazujący, jak się kleiły. Teraz to już każdy wie, że tak właśnie z ludźmi w 1980 zaczęło się robić, ale wtedy w 1976? I jeszcze jedna sprawa z tamtym tekstem. Tam jest fura brzydkich słów, w tym "W Gdańsku" z 1976, i to przez cały czas na mnie zwalano; ludzie tak lubią, nie zastanowić się, nie zrozumieć, tylko żeby pokazać że się jest lepszym. Ale co, nie sprawdziło się potem w latach 1990., że to właśnie Polska językowo schamiała? Ja tu w Ameryce to jakim już wtedy porządnym językiem mówiłem, tylko dzieciom się przysłuchiwać, a tam w Polsce to takimi, to owakimi, i jeszcze gorzej, obrzucali się każdy z każdym po 1989, wstyd nawet powtarzać, i w mediach to szło, o to chodzi. Nie było moje turpizowanie profetyczne? Pytam. Nawet w "Tygodniku Powszechnym" znajdowałem nie wymienię już jakie świństwa. Nieważne. Chodzi o to, że niech ktoś mi dziś powie po lekturze "W Gdańsku", pisanego w marcu-kwietniu 1976, że nie mamy tam do czynienia z darem przepowiedni. Tak sobie myśli pasę tocząc się południowym brzegiem jeziora Erie... Tocząc się, bo siedziałem w Palmyrze i okolicy, to teraz trzeba horyzont trochę pościgać. W Palmyrze ciekawiłem się na temat mormonów. Tam wiadomo, Józef Smith miał te jego z kolei objawienia. Teofanię w wieku 14 lat zaliczył, zdolny skurczybyk. Ojciec i Syn mu z głębi bytu wystąpili, tj. nasi Bogowie; Bóg właściwie, ale w farmerskim uścisku Smitha zaczął mu się ten subtelny dogmat rozchodzić. Tak czy owak, potwierdzili mu, że żaden dotychczasowy kościół nie jest prawdziwy, o co rwał sobie Smith młode włosy z głowy. Trzy lata później anioł Moroni pokazał mu, gdzie w okolicy zakopano księgę na złotych tablicach sprzed czasów jeszcze Kolumba. Kiedy miał 22 lata, postać duchowa umożliwiła mu kontakt z tablicami, i stąd mamy "Księgę Mormona". Powyższe były tzw. założycielskie objawienia, potem miał Józef jeszcze cały czas odpryski. Np. kiedy Emma, pierwsza żona, o inne ciuśki zaczęła mu drzeć oczy, to Józek otrzymał revelation, że dotychczasowe prawo jest zawieszone i odtąd mąż może się wielożenić. I jeśli ona, Emma, nowemu prawu się nie podda, to On, the Lord, ją zniszczy ("she shall be destroyed" D&C 132:54). "Rzecze Pan" ("saith the Lord"), na koniec Pan objawienie w XVII-wiecznym angielskim Smithowi podstemplował. Trochę się Emma po tym uspokoiła, chociaż jak to kobieta, zawsze miała tę swoją naturalną opinię za skórą. Takie tam śmiesznostki. Mniej lub więcej, można ich powyciągać w początkach każdej religii. Pierwsza rzecz jaka mi się w mormonizmie momentalnie spodobała, to że odebrana w nim została wyłączność na najwyższą teofanię Nowemu Testamentowi chandryczyć. To, muszę powiedzieć, jest w porzo. Znowu jesteśmy traktowani poważnie. Znowu mamy religię żywą, otwartą na mano-a-mano ze Sprawcą. Bardzo amerykańskie, brawo. Nie po to się przez sztormowy Atlantyk w łupince halsowało, żeby po przybiciu do Plymouth Rock usłyszeć, że na bezpośrednią audiencję u B. jest o te 1700 czy 1800 lat za późno. Lubię tych amerykańskich gostków. Mormonizm nazywany jest dlatego religią amerykańską."Księga Mormona" to próba teologicznego uporządkowania Ameryki, włącznie z historią o ukazaniu się Chrystusa na tutejszym kontynencie wkrótce po Zmartwychwstaniu. Literacko, językowo, to farmerska przekuwka na użytek euro-nowokontynentalny Biblii Króla Jakuba, odpowiednika i współcześnika polskiego Wujka. Smith z rzekomych złotych tablic wskazanych mu przez rzekomego anioła przełożyl z rzekomo zreformowanego języka egipskiego rzekomą historię o Izraelitach, którzy 600 lat przed Chrystusem wyemigrowali z Bliskiego Wschodu do Ameryki, podzielili się na grupę złych i dobrych, dobrzy napisali "Księgę Mormona", zakopali i pobici przez złych przepadli, a złym Bóg zmienił kolor skóry i stąd wzięli się aborygeni. Czyli, jak kulturowi marksiści dziś brechają, Natywni Amerykanie. "Natywni Amerykanie", che, che. Kulturmarksiści ulepiają te smocze dziwoloągi - o wpełzanie w instytucje języka chodzi, przecież wiemy - w celu wywłaszczania nas Eurów z naszych krajów. Chyba nie próbujcie mi wtłoczyć, kulturbolszewicy, że gdyby Anglosasi i generalnie nordycy a potem reszta Europidów nie zaczęli tu napływać od XVI wieku i kraj od poziomu trawy organizować, to aborygeni na własną rękę rozwijaliby dziś np. szeregi Fouriera? Tego mi chyba nie próbujcie wrzucić, bo mi boki koszuli pękną od śmiechu. Jacy oni "Natywni Amerykanie", ci aborygeni kontynentu. Natywni? Tak, od tysięcy lat, kontynentu właśnie. Amerykanie? Też, odkąd jest tu Ameryka a oni stali się jej nieantagonistyczną częścią. Ale "Natywni" i "Amerykanie" w jednym sztosie?! A co takiego zasiewnego na poziomie Konwencji Filadelfijskiej i umysłu Tomasza Jeffersona w Amerykę włożyli, ci natywni-aborygeni, żeby być "natywnie amerykańscy"? WASP-owie, nordycy, Germanowie tu przybyli, a potem koncentrycznie reszta Eurów, to są natywni Amerykanie, z nich wywiódł się i rwał bez trzymanki ostry do niedawna wielki kraj. Co nie znaczy, oczywiście, że mam coś przeciwko gostkom zwanym "Indianami". W drodze, w przyszłości, będę przez pół roku pracował w ich rezerwacie, Flathead w zachodniej Montanie, gdzie poznam wielu z nich i jasne - poza handlem nieopodatkowanymi papierosami i paroma innymi podobnymi zrozumiałostkami - że aborygeni tutejszego kontynentu to znośne człenie; tragicznie cisi, niestety, po przekroczeniu pewnej granicy poznania aż przerażająco odczuwalnie, rzeczywiście żal. A gostek Smith z jego amerykańską religią starał się ich po prostu teologicznie obrzydzić, tłumacząc ich "ciemną skórę" odwróceniem się od Chrystusa i w ten sposób uśmierzając wewnętrzny konflikt Eurów zachapujących fajowe działki. Co do wielożeństwa mormonów - bo zniosło mnie na pobocze - to z nim miała miejsce podobna teologia co z "Indianami". Bo można oskarżać cywilizowaną hordę Smitha o lubieżność, łapczywość erotyczną, słabą pracę hamulca i to na pewno były współczynniki. Ale była w tym również naturalna reakcja biologiczna na bezmiar i bogactwo niezasiedlonej ziemi. Ta ziemia domagała się większych możliwości reprodukcyjnych dla tych spośród grupy, którzy mieli głowy na karku, dobrzy byli w gospodarowaniu, polityce plemiennej, transakcjach wymiennych i stąd tacy czuli tę specjalną "religijną" moc w braniu kolejnych żon, ja się w to potrafię wczuć. Sam potęgi biologicznego wezwania rodnego areału doświadczałem przecinając Amerykę, pokonując setki niezaludniononych mil i potem w miasteczku czy osadzie, kiedy zaszedłem do marketu czy antykwariatu i był na wystawie fotelik samochodowy dla niemowlecia czy pionierska kołyska zdobiona w dereniowy kwiat, to nóg od podłogi nie mogłem oderwać, tak mnie ciągnęło żeby je wypełnić. Inna sprawa, że był mój czas, ale mimo wszystko, w większych miastach już w taki siewnik nie byłem robiony. Generalnie mam dobrą opinię o mormonach, to religia w ogólnym sensie zgodna z naturą, sprzyjająca życiu. Jak psycholog pragmatyzmu William James, sam amerykański jak jabłecznik, zwykł mawiać: Gdyby ta czy inna religia była zła, nie przydawała się ludziomi, nie sprzyjała życiu, dawno by przepadła, użytkownicy wyrzuciliby ją jak pęknięty garnek. Prawda, prawda. Ludzie nie są aż tak głupi, oni popiją się, pobiją, zrobią koło pióra, ale z czymś kontra instynktowi życia długo nie będą się plątać. Tymczasem mormonizm, który w latach 1950. liczył nieco ponad milion wiernych, dziś ma ich ponad 10 milionów. Tu jedną rzecz może warto przebadać, przyszło mi na myśl. Sprawdzić czy ten gwałtowny przyrost liczby mormonów nie ma przypadkiem związku, przynajmniej w Ameryce, z zapaścią obyczajową naszej kultury zapoczątkowaną w latach 1960-ych. Bo na pewno można powiedzieć, że choć nasz Kościół narzeka na Europę i ogólnie kraje europejskie w świecie, że go zaniedbują, odchodzą od wiary, powołania w nich spadają, itd. - to czy to taka całkowicie Europy i Europejczyków wina? A może i Kościoła, że z jednej strony tak mało wymaga a z drugiej zależy mu tak lubieżnie na liczbie? Kościół tłusto sobie wzrasta wśród trzecioświatowców i zadowolony coraz głębiej się samozadrzemuje, a my Eurowie mamy go jeszcze wachlować i serwować mu lemoniadę, może też wino. A co w praktyce w odpowiedzi na zapaść obyczajową zapoczątkowaną manipulacjami kulturowymi lat 1960-ych Kościół zrobił? Zostawił naszą Europę i nas Europejczyków praktycznie na pastwę, i tyle. Kiepściunio, Kościele. Na pół gwizdka pokazywałeś drogę. Może kiedyś, kiedy ktoś spojrzy na to wszystko z perspektywy roku powiedzmy 3000-go, to co zobaczy, może nie to, że Europa zostawiła Ciebie, tylko że Ty zawaliłeś Europę, aha? W odróżnieniu od naszego Kościoła dzisiaj, Mormoni trzymają życie ostro w cuglach, jak nasi wczesnochrześcijanie. Nie wątpię, że i wielu nie-mormonom to się podoba. Mnie się podoba, w te czy wewte, lubię ostrą jazdę. Poznałem dziesiątki mormońskich rodzin w Palmyrze i poznam więcej jeszcze jadąc przez kraj, Nebraskę, Wyoming, Montanę, Idaho, i będą to mocne domowiska, wielodzietne, o dużej moralności osobistej i publicznej, niepalący, niepijący, nietelewizujący - toż to czyste zdrowie! - nawet herbatą i kawą nie podstrzykujący się zdolni biznesmeni, studenci, farmerzy, lekarze, cieśle, akademicy, fachowcy, a jakie kobiety!... słowem w porzo lud i generalnie świetny materiał na klasę średnią w każdej społeczności. Kiedyś mormonizm - jak to w życiu - zwinie się, zroluje, ale zostanie po nim solidny materiał ludzki z nami. To jest super. Jeśli chodzi o słynne amerykańskie revivals, czyli zbiorowe ciągnące się nieraz dziesiątkami lat na przestrzeni tysięcy mil kwadratowych przebudzenia religijne, to mormonizm na bazie takiego właśnie, Drugiego Wielkiego Przebudzenia 1790-1840, się urobił. Kiedy dziś rano o tym myślałem, przyszło mi do głowy, że w naszym tradycyjnym rzymskim Kościele też mamy przecież takie zbiorowe podskoki nastroju religijnego, czego innego zresztą się spodziewać, istniejemy w świecie żywym, tak? Ale ponieważ nasze ciało religijne jest centralnie sterowane i rozwinięte spójnie intelektualnie, to u nas te wzrosty energii religijnej meliorowane są w większości ku wewnątrz, przez wyłanianie się nowych zakonów, większy wysyp świętych, bogatszą twórczość teologiczną i filozoficzną, sobory, zarządzenia papieskie, ostatnio instytucje medialne, w ten sposób. Przy czym jedna rzecz, uważam, jest niedostatecznie podkreślana u nas katolików. Sporo katolików, i zwyczajnych, i jajogłowych, lubi podszczypywać protestantyzm i uważać go za coś teologicznie gorszego. Dziwi mnie w związku z tym, że jakoś przy całym swoim uświadomieniu - do katolickich intelektualistów tę szklankę piwa z pianką piję - obchodzą oni raczej na palcach fakt, że tak "dziwnie" się w historii naszej Europy złożyło, że protestantami zostawali z zasady chłodnawi nordycy, zaś bardziej emocjonalni wschodni i południowi Eurowie lgnęli do katolicyzmu lub wschodniej ortodoksji. Wygląda więc, że to nie aż taki przypadek, a coś linkującego z biologią, że narody geograficznie "schłodzone", anglosaskie, skandynawskie, germańskie poszły w literalność biblijną, a południowcy, śródziemnomorcy i moi hulaj-dusza Polanie i podobni Słowianie, czują się lepiej w symbolizujących nawach chrześcijaństwa rzymskiego i wschodniego. Nawet, no właśnie, kiedy Szwedzi jedyny poważny raz zagrozili Polsce, w XVII w., to w zasadzie dlatego, że nachapali się świeżo protestantyzmu i zaczęło ich biologicznie roznosić. Ich ściślejszej naturze lepiej linearny protestantyzm podpasował, niż parabolizujący katolicyzm. I dobrze im z początku z Polską szło, armat mieli odlanych dużo, puklerzy, aż szarpnęli się na naturę naszą religijną polską, Matkę z Dzieciątkiem na ręku, i musieli zwiewać za Bałtyk aż im biblie latały w kuferkach. Szczęść Boże Radiu Maryja. |
| daszkiew2000
|
Posted: 21 Wrz 2008 17:08:55 zhttp://www.prawica.net/node/12627
Wiosną 1976 w Gdańsku doznałem wizji - literackiej, ale co to szkodzi - nadciągającej rewolucji solidarnościowej naszego powojennego narodu prlowskiego, włącznie z jej ciężkim spartoleniem. I co, nie było jak napisałem? Kto nie wierzy niech zmierzy, kawałek z przedsolidarnościowego "Zapisu" można przeczytać tuhttp://www.prawica.net/node/10928, a oryginalne "W Gdańsku" z 1976 jest w "Twórczości" nr 7, 1981. "Twórczość" to puściła, bo kraj ciągle był w ruchomych piaskach momentu solidarnościowego, większość nie wiedziała co będzie. Zadzwoniłem do Henryka Berezy, że mam towar. A on że pismo ma już pełno materiału. No jak pan może wiedzieć, że to nie jest lepsze od tego co pan ma, jak można mieć takie stanowisko w literaturze. Tak mu pod ambicję podjechałem. No i on że niech pan przyniesie. Chyba nawet "przyśle" powiedział, ale to były dwa kroki. I jak wicher poszło. Tylko mnie jeszcze przedtem do redakcji Henryk Bereza poprosił i zapytał dlaczego słowa tak się w "W Gdańsku" łączą; bo rzeczywiście w tekście one się łączyły, po dwa, trzy naraz, łączyły się i rozłączały, i znowu stykały się sylabami i zgłoskami. Słowa o, tak mi się kleiły, jak to pisałem, wie pan, tłumaczę mu stykając i odtykając kciuk i wskazujący, jak się kleiły. Teraz to już każdy wie, że tak właśnie z ludźmi w 1980 zaczęło się robić, ale wtedy w 1976? I jeszcze jedna sprawa z tamtym tekstem. Tam jest fura brzydkich słów, w tym "W Gdańsku" z 1976, i to przez cały czas na mnie zwalano; ludzie tak lubią, nie zastanowić się, nie zrozumieć, tylko żeby pokazać że się jest lepszym. Ale co, nie sprawdziło się potem w latach 1990., że to właśnie Polska językowo schamiała? Ja tu w Ameryce to jakim już wtedy porządnym językiem mówiłem, tylko dzieciom się przysłuchiwać, a tam w Polsce to takimi, to owakimi, i jeszcze gorzej, obrzucali się każdy z każdym po 1989, wstyd nawet powtarzać, i w mediach to szło, o to chodzi. Nie było moje turpizowanie profetyczne? Pytam. Nawet w "Tygodniku Powszechnym" znajdowałem nie wymienię już jakie świństwa. Nieważne. Chodzi o to, że niech ktoś mi dziś powie po lekturze "W Gdańsku", pisanego w marcu-kwietniu 1976, że nie mamy tam do czynienia z darem przepowiedni. Tak sobie myśli pasę tocząc się południowym brzegiem jeziora Erie... Tocząc się, bo siedziałem w Palmyrze i okolicy, to teraz trzeba horyzont trochę pościgać. W Palmyrze ciekawiłem się na temat mormonów. Tam wiadomo, Józef Smith miał te jego z kolei objawienia. Teofanię w wieku 14 lat zaliczył, zdolny skurczybyk. Ojciec i Syn mu z głębi bytu wystąpili, tj. nasi Bogowie; Bóg właściwie, ale w farmerskim uścisku Smitha zaczął mu się ten subtelny dogmat rozchodzić. Tak czy owak, potwierdzili mu, że żaden dotychczasowy kościół nie jest prawdziwy, o co rwał sobie Smith młode włosy z głowy. Trzy lata później anioł Moroni pokazał mu, gdzie w okolicy zakopano księgę na złotych tablicach sprzed czasów jeszcze Kolumba. Kiedy miał 22 lata, postać duchowa umożliwiła mu kontakt z tablicami, i stąd mamy "Księgę Mormona". Powyższe były tzw. założycielskie objawienia, potem miał Józef jeszcze cały czas odpryski. Np. kiedy Emma, pierwsza żona, o inne ciuśki zaczęła mu drzeć oczy, to Józek otrzymał revelation, że dotychczasowe prawo jest zawieszone i odtąd mąż może się wielożenić. I jeśli ona, Emma, nowemu prawu się nie podda, to On, the Lord, ją zniszczy ("she shall be destroyed" D&C 132:54). "Rzecze Pan" ("saith the Lord"), na koniec Pan objawienie w XVII-wiecznym angielskim Smithowi podstemplował. Trochę się Emma po tym uspokoiła, chociaż jak to kobieta, zawsze miała tę swoją naturalną opinię za skórą. Takie tam śmiesznostki. Mniej lub więcej, można ich powyciągać w początkach każdej religii. Pierwsza rzecz jaka mi się w mormonizmie momentalnie spodobała, to że odebrana w nim została wyłączność na najwyższą teofanię Nowemu Testamentowi chandryczyć. To, muszę powiedzieć, jest w porzo. Znowu jesteśmy traktowani poważnie. Znowu mamy religię żywą, otwartą na mano-a-mano ze Sprawcą. Bardzo amerykańskie, brawo. Nie po to się przez sztormowy Atlantyk w łupince halsowało, żeby po przybiciu do Plymouth Rock usłyszeć, że na bezpośrednią audiencję u B. jest o te 1700 czy 1800 lat za późno. Lubię tych amerykańskich gostków. Mormonizm nazywany jest dlatego religią amerykańską."Księga Mormona" to próba teologicznego uporządkowania Ameryki, włącznie z historią o ukazaniu się Chrystusa na tutejszym kontynencie wkrótce po Zmartwychwstaniu. Literacko, językowo, to farmerska przekuwka na użytek euro-nowokontynentalny Biblii Króla Jakuba, odpowiednika i współcześnika polskiego Wujka. Smith z rzekomych złotych tablic wskazanych mu przez rzekomego anioła przełożyl z rzekomo zreformowanego języka egipskiego rzekomą historię o Izraelitach, którzy 600 lat przed Chrystusem wyemigrowali z Bliskiego Wschodu do Ameryki, podzielili się na grupę złych i dobrych, dobrzy napisali "Księgę Mormona", zakopali i pobici przez złych przepadli, a złym Bóg zmienił kolor skóry i stąd wzięli się aborygeni. Czyli, jak kulturowi marksiści dziś brechają, Natywni Amerykanie. "Natywni Amerykanie", che, che. Kulturmarksiści ulepiają te smocze dziwoloągi - o wpełzanie w instytucje języka chodzi, przecież wiemy - w celu wywłaszczania nas Eurów z naszych krajów. Chyba nie próbujcie mi wtłoczyć, kulturbolszewicy, że gdyby Anglosasi i generalnie nordycy a potem reszta Europidów nie zaczęli tu napływać od XVI wieku i kraj od poziomu trawy organizować, to aborygeni na własną rękę rozwijaliby dziś np. szeregi Fouriera? Tego mi chyba nie próbujcie wrzucić, bo mi boki koszuli pękną od śmiechu. Jacy oni "Natywni Amerykanie", ci aborygeni kontynentu. Natywni? Tak, od tysięcy lat, kontynentu właśnie. Amerykanie? Też, odkąd jest tu Ameryka a oni stali się jej nieantagonistyczną częścią. Ale "Natywni" i "Amerykanie" w jednym sztosie?! A co takiego zasiewnego na poziomie Konwencji Filadelfijskiej i umysłu Tomasza Jeffersona w Amerykę włożyli, ci natywni-aborygeni, żeby być "natywnie amerykańscy"? WASP-owie, nordycy, Germanowie tu przybyli, a potem koncentrycznie reszta Eurów, to są natywni Amerykanie, z nich wywiódł się i rwał bez trzymanki ostry do niedawna wielki kraj. Co nie znaczy, oczywiście, że mam coś przeciwko gostkom zwanym "Indianami". W drodze, w przyszłości, będę przez pół roku pracował w ich rezerwacie, Flathead w zachodniej Montanie, gdzie poznam wielu z nich i jasne - poza handlem nieopodatkowanymi papierosami i paroma innymi podobnymi zrozumiałostkami - że aborygeni tutejszego kontynentu to znośne człenie; tragicznie cisi, niestety, po przekroczeniu pewnej granicy poznania aż przerażająco odczuwalnie, rzeczywiście żal. A gostek Smith z jego amerykańską religią starał się ich po prostu teologicznie obrzydzić, tłumacząc ich "ciemną skórę" odwróceniem się od Chrystusa i w ten sposób uśmierzając wewnętrzny konflikt Eurów zachapujących fajowe działki. Co do wielożeństwa mormonów - bo zniosło mnie na pobocze - to z nim miała miejsce podobna teologia co z "Indianami". Bo można oskarżać cywilizowaną hordę Smitha o lubieżność, łapczywość erotyczną, słabą pracę hamulca i to na pewno były współczynniki. Ale była w tym również naturalna reakcja biologiczna na bezmiar i bogactwo niezasiedlonej ziemi. Ta ziemia domagała się większych możliwości reprodukcyjnych dla tych spośród grupy, którzy mieli głowy na karku, dobrzy byli w gospodarowaniu, polityce plemiennej, transakcjach wymiennych i stąd tacy czuli tę specjalną "religijną" moc w braniu kolejnych żon, ja się w to potrafię wczuć. Sam potęgi biologicznego wezwania rodnego areału doświadczałem przecinając Amerykę, pokonując setki niezaludniononych mil i potem w miasteczku czy osadzie, kiedy zaszedłem do marketu czy antykwariatu i był na wystawie fotelik samochodowy dla niemowlecia czy pionierska kołyska zdobiona w dereniowy kwiat, to nóg od podłogi nie mogłem oderwać, tak mnie ciągnęło żeby je wypełnić. Inna sprawa, że był mój czas, ale mimo wszystko, w większych miastach już w taki siewnik nie byłem robiony. Generalnie mam dobrą opinię o mormonach, to religia w ogólnym sensie zgodna z naturą, sprzyjająca życiu. Jak psycholog pragmatyzmu William James, sam amerykański jak jabłecznik, zwykł mawiać: Gdyby ta czy inna religia była zła, nie przydawała się ludziomi, nie sprzyjała życiu, dawno by przepadła, użytkownicy wyrzuciliby ją jak pęknięty garnek. Prawda, prawda. Ludzie nie są aż tak głupi, oni popiją się, pobiją, zrobią koło pióra, ale z czymś kontra instynktowi życia długo nie będą się plątać. Tymczasem mormonizm, który w latach 1950. liczył nieco ponad milion wiernych, dziś ma ich ponad 10 milionów. Tu jedną rzecz może warto przebadać, przyszło mi na myśl. Sprawdzić czy ten gwałtowny przyrost liczby mormonów nie ma przypadkiem związku, przynajmniej w Ameryce, z zapaścią obyczajową naszej kultury zapoczątkowaną w latach 1960-ych. Bo na pewno można powiedzieć, że choć nasz Kościół narzeka na Europę i ogólnie kraje europejskie w świecie, że go zaniedbują, odchodzą od wiary, powołania w nich spadają, itd. - to czy to taka całkowicie Europy i Europejczyków wina? A może i Kościoła, że z jednej strony tak mało wymaga a z drugiej zależy mu tak lubieżnie na liczbie? Kościół tłusto sobie wzrasta wśród trzecioświatowców i zadowolony coraz głębiej się samozadrzemuje, a my Eurowie mamy go jeszcze wachlować i serwować mu lemoniadę, może też wino. A co w praktyce w odpowiedzi na zapaść obyczajową zapoczątkowaną manipulacjami kulturowymi lat 1960-ych Kościół zrobił? Zostawił naszą Europę i nas Europejczyków praktycznie na pastwę, i tyle. Kiepściunio, Kościele. Na pół gwizdka pokazywałeś drogę. Może kiedyś, kiedy ktoś spojrzy na to wszystko z perspektywy roku powiedzmy 3000-go, to co zobaczy, może nie to, że Europa zostawiła Ciebie, tylko że Ty zawaliłeś Europę, aha? W odróżnieniu od naszego Kościoła dzisiaj, Mormoni trzymają życie ostro w cuglach, jak nasi wczesnochrześcijanie. Nie wątpię, że i wielu nie-mormonom to się podoba. Mnie się podoba, w te czy wewte, lubię ostrą jazdę. Poznałem dziesiątki mormońskich rodzin w Palmyrze i poznam więcej jeszcze jadąc przez kraj, Nebraskę, Wyoming, Montanę, Idaho, i będą to mocne domowiska, wielodzietne, o dużej moralności osobistej i publicznej, niepalący, niepijący, nietelewizujący - toż to czyste zdrowie! - nawet herbatą i kawą nie podstrzykujący się zdolni biznesmeni, studenci, farmerzy, lekarze, cieśle, akademicy, fachowcy, a jakie kobiety!... słowem w porzo lud i generalnie świetny materiał na klasę średnią w każdej społeczności. Kiedyś mormonizm - jak to w życiu - zwinie się, zroluje, ale zostanie po nim solidny materiał ludzki z nami. To jest super. Jeśli chodzi o słynne amerykańskie revivals, czyli zbiorowe ciągnące się nieraz dziesiątkami lat na przestrzeni tysięcy mil kwadratowych przebudzenia religijne, to mormonizm na bazie takiego właśnie, Drugiego Wielkiego Przebudzenia 1790-1840, się urobił. Kiedy dziś rano o tym myślałem, przyszło mi do głowy, że w naszym tradycyjnym rzymskim Kościele też mamy przecież takie zbiorowe podskoki nastroju religijnego, czego innego zresztą się spodziewać, istniejemy w świecie żywym, tak? Ale ponieważ nasze ciało religijne jest centralnie sterowane i rozwinięte spójnie intelektualnie, to u nas te wzrosty energii religijnej meliorowane są w większości ku wewnątrz, przez wyłanianie się nowych zakonów, większy wysyp świętych, bogatszą twórczość teologiczną i filozoficzną, sobory, zarządzenia papieskie, ostatnio instytucje medialne, w ten sposób. Przy czym jedna rzecz, uważam, jest niedostatecznie podkreślana u nas katolików. Sporo katolików, i zwyczajnych, i jajogłowych, lubi podszczypywać protestantyzm i uważać go za coś teologicznie gorszego. Dziwi mnie w związku z tym, że jakoś przy całym swoim uświadomieniu - do katolickich intelektualistów tę szklankę piwa z pianką piję - obchodzą oni raczej na palcach fakt, że tak "dziwnie" się w historii naszej Europy złożyło, że protestantami zostawali z zasady chłodnawi nordycy, zaś bardziej emocjonalni wschodni i południowi Eurowie lgnęli do katolicyzmu lub wschodniej ortodoksji. Wygląda więc, że to nie aż taki przypadek, a coś linkującego z biologią, że narody geograficznie "schłodzone", anglosaskie, skandynawskie, germańskie poszły w literalność biblijną, a południowcy, śródziemnomorcy i moi hulaj-dusza Polanie i podobni Słowianie, czują się lepiej w symbolizujących nawach chrześcijaństwa rzymskiego i wschodniego. Nawet, no właśnie, kiedy Szwedzi jedyny poważny raz zagrozili Polsce, w XVII w., to w zasadzie dlatego, że nachapali się świeżo protestantyzmu i zaczęło ich biologicznie roznosić. Ich ściślejszej naturze lepiej linearny protestantyzm podpasował, niż parabolizujący katolicyzm. I dobrze im z początku z Polską szło, armat mieli odlanych dużo, puklerzy, aż szarpnęli się na naturę naszą religijną polską, Matkę z Dzieciątkiem na ręku, i musieli zwiewać za Bałtyk aż im biblie latały w kuferkach. Szczęść Boże Radiu Maryja. no i widzicie na necie wszystko da sie opublikowac a do tego za darmo |
|
Jak podaje Wiki (http://pl.wikipedia.org/wiki/Migracja_ludno%C5%9Bci)
emigracja czy pisząc dokładnie migracja jest to:
Przemieszczanie się ludności mające na celu zmianę miejsca pobytu Przemieszczanie się ludności jest całkowicie naturalnym zjawiskiem i występowało we wszystkich czasach. Nasilenie się migracji może nastąpić m.in. z przyczyn złej sytuacji gospodarczej w miejscu zamieszkania (migracje ekonomiczne) lub sytuacji politycznej nieodpowiadającej migrującym (migracje polityczne). Nieraz lepiej jednak zostać w domu... Czas ładowania strony (sek.): 0.624 miniBB.net © 2001-2008 Polityka prywatności cb-radio + zabawne gg + op7 + giełda + |